środa, 14 lipca 2010

Yvan Rodic w Warszawie. AAAAAAAAA!

http://yvanrodic.blogspot.com/2010/07/warsaw-june-30th-2010.html

http://yvanrodic.blogspot.com/2010/07/warsaw-june-29th-2010.html

Juicy ennui, - Kelner, Opium proszę!, Płyną rybki szybko...

Chce mi się śmiać. Zamknięta w pokoju swoich marzeń, widzę wszystko w barwach fioletu. A to nie jest dobry znak. Chce mi się pisać o całej perwersji, która tylko może istnieć i zabawiać się moim kosztem, zepchniętej w tylne obszary mojego mózgu, ale z powodu głębokiego lenistwa z pewnością tego nie zrobię. Stop. Lenistwa czy braku talentu? Ha! Nawet nie mam ochoty sobie czegoś udowadniać, przez co sterczę w tym samym miejscu przyglądając się artystom przechodzącym obok, machającym na pożegnanie z mieszaniną pychy i sarkazmu, wymalowaną na ich pięknych twarzach. - Nigdy więcej się nie zobaczymy, idiotko!


Racja, racja. Nie będę się z wami kłócić, moi piękni. Kocham was, kocham, kocham!

- Proszę panienkę, nadużywanie wykrzykników surowo wzbronione na terenie wszechświata!
- Przepraszam, czy mogłabym jednak spróbować coś... no... z tą perwersją...?
- A czy to konieczne?
- No proszę...


Surowe zderzenie.
Syk. I szybkie pociągnięcie.
Otwieram się na świat.
Bólem i jego pięknem.
Tysiące bram. Do upadku.
Do katastrofy, machinalnie naturalnej.
Płynie karmazynowa słodycz.
Starzeje się, sycona sekundami.
Moja wola - moja myśl.
Błogosławiony brak kontroli
I jego usprawiedliwienia.
Choć tu, androgenie!
Rozszarp na kawałki
Całe moje ciało
Ostrymi zakończeniami
Swoich bladych kości.
Piekło, Niebo, Piekło...
Przeciągle... w rytm
Egzekucyjnych bębnów.

- Em... To w ogóle nie jest perwersyjne. Kiepska z pani poetka, no nie powiem!

Chyba mi nie wyszło. Symbole samookaleczenia nie istnieją. (Tylko jakieś brzydkie, dwukolorowe wstęgi). A nikt oryginalny nie łączy seksualności z okrucieństwem. Ach... jestem tylko przeżytkiem dawnych czasów. Stara dusza uwięziona w przyszłości. Założę się, że jeszcze pozostało coś do wymyślenia. Ale przecież - ja niczego nie robię na siłę.




sobota, 10 lipca 2010

Krótkie wspomnienie młodości

Stoję pomiędzy dwoma skrajnościami.
Jestem innym człowiekiem.
Próbuję żyć, ale nie nadzieją.
Takie myśli powstają tylko wtedy, gdy rozpoznaję prawdę.
Szeleszcząca niewinność, przyciągająca wzrok.
Gorzki smak, brudzący nieczystość.
Zbudzone okrzyki, stawiające granice.
Zmarły gwałtownie przez nicość.
Guma do żucia o przedłużonym smaku.
Oto moje dawne życie. Wolę być jak czekolada.
Chcę jak najwięcej; nie nabiorę się na jakość.
Świat ma tylko jedną twarz, zawieszoną pośród moich prawd.
Zagubione intencje, znajdź sobie nową filozofię.
Nie zapominaj o postanowieniach, wstukanych w 'notatki'.
Wszystkie plany upadają, a ja się uśmiecham.
W czyjejś wyobraźni, siedząc na schodach.
Z wypalonym do połowy papierosem, pomiędzy wargami.
Spoglądałam z nadzieją na wyspy mojej Arkadii.
Teraz jestem TU i TERAZ. Moje imię to A.
Nie zamykam oczu.

sobota, 3 lipca 2010

Musiałam coś wziąć przed pisaniem tego dzieła.

Weź sobie wszystko, na co tylko masz ochotę.

Miarą mojego życia - pragnienie.
A miarą mojego pragnienia - już nie przetrwanie
a przeciąganie rozszarpanego bytu niczym struny za pomocą...
przedłużających egzystencję detali życia.
Wydłużony, pożerany przez wewnętrzne soki,
Poszarpany na brzegach, dochodzi do miękkiej tkanki,
No i nareszcie – słodka nieodczuwalność uszkodzeń...
Bez towarzyszy gorzkawych doznań.
Dążąc do samodoskonalenia, dążę do zagłady.
Potrzebne mi są ofiary do odegrania najwspanialszej roli.
Bo nie potrafię mówić językiem poetów.
Utraciłam to, co i tak było formą szczątkową niezdobytych możliwości.
Niedoceniany krok. A raczej ślad na drodze świadków.
Zjedz ogon. A następnie połknij końcówkę swojego życia...
Począwszy od głowy - wszelkich wątpliwości,
na głowie skończywszy - planie samozniszczenia.


Namaszczenie.
Z głodu i niespełnienia.
Obrastać w obojętność?
Oto puste pudełko.
Znudzić się światełkiem.
Na końcu tunelu.
Na torach – modlę się w skrytości.
O zgaszenie. Tego, co niepotrzebne.
I razi zmęczonych.
Piękna.
Bo bliska śmierci.
Jej największa zaleta,
Kochanie. Tak.
Pozbawiona narzuconego piętna.
Zdarta do krwi,
Ucharakteryzowana skrzepliną.
Potępiona – ale taka pociągająca...
W tym boskim olśnieniu.
Amoku dla ludzi za głupich,
By szukać drogi.
Przekleństwa niewinności.


Rozkładający się młodzieniec trafił na oddział:
- Nawet nie wiecie, co sobie wymyślił!
Nienawiść do wszechświata przeistoczył w poświęcenie.
Zabijając wiernych. Gloryfikując zdrajców.
Oto puste opakowanie na poszarpane, żylaste cząstki celebrytów.
Układaj je z czcią – niegodzien- ? - Budować swe ciało z królów gatunków...
Zatrute jabłka, lśniące, kuszące... na pół pękają rozdarte robactwem.


Kocham was, Bezlitośni. Moje małe, cudowne... dzieci.
Łapiące się na Piękną, przynętę. Płyną głodne rybki szybko.


Oto na piedestale kwitnąca ludzkość na nawozie z umierającego.
To takie niemoralne.

-------------------------------------------------------------------
























Komentarz autorski: Wyjeżdżam. Bardzo mi smutno z tego powodu, bo będę musiała zostawić za sobą parę niesamowitości, które mogłby mieć miejsce w tym czasie.
Cholera. Nie chcę stracić najwspanialszego z żywicieli moich inspiracji. Panie Kaprysie Losu. Błagam na kolanach o szczęście w miłości.

piątek, 2 lipca 2010

I'm drunk. Again. So, dear children, today I'll post sth about fuckin' love. Fuck you all. And get high.

Podmuch wiatru zdejmuje ostatnie okruchy niepewności.
Czystość moralna tego, który naprawdę kocha,
Doprowadza do szału wszystko,
Co na co dzień go unieszczęśliwia.
I nic nie istnieje bez chwili,
Która nadaje sens mojemu istnieniu.
Bo po co żyć, gdy obraz naszego życia
Oparty jest na zniszczonych sztalugach cierpienia?


Czyżby ktoś piórem jasności
Wpisał w naszą egzystencję miarowe oddechy?
Czy wszczepił w nasz byt
Nieświadomość przyszłości, która pcha nas na oślep?
Czymże są wielkie plany,
Które sprytny los, podchwyciwszy w ludzkich myślach,
Deformuje by zaskoczyć wszystkich?


I wciąż stoję tutaj, szukając ostatniego elementu,
Który sprawi, że zapragnę powrócić...
Szepce powietrze wpisane w kształt
Przestrzeni niezajętej przez byt natury.
A sens mnie woła. I uśmiecha się z powątpiewaniem.
Czemu nie wierzysz w to, czego szuka każdy?
Czemu nie otworzysz drzwi potędze, która dotyka wszystkich?
Nie odrzucaj jedynej potrawy duszy.


Po wielu dniach podróży, otwieram drzwi.
Wpłynęła Miłość zabijając Pustkę.
Myślę, że teraz Jestem Człowiekiem.

22th November, 1994. Paris. by Tom Sheehan.

czwartek, 1 lipca 2010

Bardzo nieładnie.

Wspaniały dzień.
Właśnie dlatego pokażę coś bardzo mojego.
Przedstawiam genialne pismo: The New Tough. Trochę wulgarne, trochę niegrzeczne, bardzo nowoczesne.
http://thenewtough.com/view-online/

Ostatnie pożegnanie

Dosłownie wczoraj,
W moim miasteczku
Wstała dojrzała dusza
Z łoża śmierci.
Spojrzała na swoje zmęczenie
Wymalowane na masce doświadczeń.
Pokręciła głową
I po 78 latach walki
Zdobyła się na uśmiech dziecka.
Kroczyła ostatni raz
Obok skarbów zawiniętych w gazety
Nadziwić się nie mogła
Jaką głupotą było zwlekanie.
Śmiała się, podskokami
Żegnając zepsuty świat doczesności.
Przyśniła się tym
Którym miała coś do przekazania.
Postraszyła niegrzeczne dzieci
Które zdążyły dorosnąć
Bez uprzedzenia.
Ogrzała swe kości
Przy kochającym sercu.
Zrzuciła pakiet smutków
Na chłopca, który
Nie zdążył jeszcze
Otworzyć oczu.


Odbiła się jak balonik
Od zatrutej Ziemi
I wchłonął ją
Wieczny Odpoczynek.

środa, 30 czerwca 2010

Nouvelle vague... la vie c'est pas facile.

Tonight
tonight, when I came home from work, hurt
tonight, when I came home from work
there he, unforseen
sat in my kitchen buttering himself a bread and the cat was on his knee and smiled at me


Ieiunium















Stał na białej posadce.
Psuł sterylną czystość.
Jak ciężka we współżyciu piórkowej lekkości istota podzielna.
Jak nieprzełykalna, bezpłciowa; ależ silny on był.
Wzmagał się jak ataki torsji.
Falami – przypływał i przynosił kawałki materii.
Niedoceniany, nienawidzony,
A uwielbiany w sytości.
Dla najwierniejszych – zawsze i wszędzie.
Rozpychał się delikatnie,
Kalecząc wypolerowaną kością.
Aż nie zostało w gnieździe nic innego.
Sama jedna ta istota nienasycona.
Pasożyt czy drapieżca?
Zachłanny, lecz zabija powoli.
Niektórym nie chciał włożyć do ust obola,
Opuszczał niegodnych.
Potężny, skorzystał z układu z Tanatosem.
Dotyka cię lodowatymi ustami,
Oddaje pokłon, na ołtarzu twojego ciała
Ofiarowuje włóknistą aparycję.
Dotyka z fanatyczną czcią.
Ty tylko swoim zachwytem
Pochłaniasz go z przejęciem.
Niesamowite...
Potęga oddana tobie do śmierci!
Kiedy koniec? Już wkrótce. Ale nieważne...
On twój przez chwilę.
Ten moment.

wtorek, 29 czerwca 2010

Odchodzisz?

Usiadłam przed oknem na świat.

Bo ja zamknięta w pokoju bez wyjścia
Nie dostrzegłam zacieśniania się ścian
A rozszerzania elektronicznych perspektyw.
Strzepnęłam te myśli z ramion
I ubrałam się w fałszywe pragnienia.
Pożarłam nieswoje poglądy
By przemienić się w oryginalność.
A potem zgasło światło.
I biegłam przez noc, lecąc z wiatrem
Podróżując na słowach Wielkich.
Podziwiając sceny z życia osoby,
Którą jestem na ekranie mojej świadomości.
Podążajmy tym szlakiem -
Szlakiem symboli symboli.
Bo tylko My jesteśmy w stanie wymyślić
Więcej pustki - nieosiągalnej przestrzeni.
Światło jest już naszą częścią
Nie odprawiamy modłów nad każdą ofiarą
Ktoś kiedyś stwierdził, że to się należało
Wszystkim tym, zwanym Wybranymi.
Równiejsi podążają drogą wyściełaną
Czyimś bólem i nieszczęściem.
Ale ofiarą też trzeba być z gracją.
Nie dziś zasady objęły z czułością Anarchię.


poniedziałek, 28 czerwca 2010

Doskonałość

Człowiek – istota podzielona na elementy; połączone ze sobą
Jakąś niewyobrażalną nicią, więzami nierozerwalnymi,
Niby oddzielne, a jednak złączone na zawsze jego własną osobą.
Zachowują trwałość. W jego świadomości zawieszonymi
Przez dłoń natury... Oplecionej przez ramiona wieczności.
Miliardy wyjątków. Każda animae, niczym unikatowość,
Jej istota doskonała. Złożona pocałunkiem szczegółowości,
W kołysce wszechświata. Skazana na życie, cała zbiorowość
Walczy. Przede wszystkim ze sobą. Wewnętrzna potrzeba
Każe zrozumieć bogactwo wartości. Tajemnicę istnienia.
Gdzie zaczyna się prawda? Może czekać na głos z nieba?
Gdzie kończy się życie? Gdy wszystko wciąż się zmienia,
Stoi człowiek pośrodku świata, nieświadomy perfekcyjności
Stworzenia. I umrze z tą niewiedzą. Bo słusznie przeczuwał
Że zbyt wiele dróg, by móc zrozumieć. Tej nietrwałości
Myśli nie wyzbędziemy się. Gdyż wszechświat poczuwał
Się do odpowiedzialności postawienia granic ludzkiej doskonałości.



Początek.

Nie mam planu, nie mam życia. Potrzebuję pomocy. Otrzymam to, równocześnie dając.
Dla ludzi, którzy nie boją się nudnej części życia. Dla ludzi, którzy boją się zapomnienia.